Żarty się skończyły? OKO.press teatralnie zamyka portal na jeden dzień

Zapowiedź „zamknięcia” portalu OKO.press z pozoru wygląda na typową 1-kwietniową szaradę. Jednak w ich własnym przekazie wyraźnie widać, że nie chodzi o żart, ale o desperacką próbę przyciągnięcia uwagi i – co tu kryć – wyłuskania kolejnych datków na „niezależne dziennikarstwo”. Sprawa jest warta szerszego omówienia, bo rzadko mamy do czynienia z tak ostentacyjnym sygnałem o rzekomym „końcu finansowego paliwa” w jednym z głośniej krzyczących mediów liberalno-lewicowych.
Rzekomy brak środków czy przemyślana strategia PR?
OKO.press w swoim komunikacie głosi, że przez 24 godziny „nie istnieje”, nie publikuje ani nie weryfikuje faktów. Teoretycznie ma to uświadomić opinii publicznej, jak „zniknięcie” redakcji wpłynęłoby na stan debaty w Polsce. Pytanie tylko, czy ci, którzy na co dzień cenią sobie jasny, zróżnicowany przekaz medialny, naprawdę zauważyliby tę dobę ciszy?
Nie jest tajemnicą, że OKO.press utrzymuje się w dużej mierze z datków czytelników oraz z grantów od różnych organizacji pozarządowych o dość jasno zarysowanym profilu ideologicznym. Mimo to, portal co rusz powołuje się na swoją „niezależność” i „obywatelską kontrolę władzy”. Nawet jeżeli formalnie nie ma tam ścisłych powiązań z jedną partią polityczną, o tyle w praktyce redakcja zrzesza dziennikarzy i publicystów blisko związanych choćby z „Gazetą Wyborczą”. To pozwala postawić tezę, że prawdziwym celem jednodniowego zamknięcia jest mocne uderzenie w emocje odbiorców o podobnych sympatiach światopoglądowych i zachęcenie ich do kolejnych wpłat.
Liberalno-lewicowa retoryka na pierwszym planie
Choć OKO.press od dawna afiszuje się jako „niezależne medium w służbie demokracji”, nie da się ukryć, że szerzona tam retoryka bardzo często lokuje się w agresywnych publikacjach antyrządowych, antykonserwatywnych czy antyklerykalnych. Śledząc artykuły, trudno nie zauważyć silnej krytyki wszelkich posunięć poprzedniej władzy, co jeszcze samo w sobie nie jest niczym złym – dopóki krytyka prasowa nie przybiera formy jednostronnej walki propagandowej.
I tu właśnie pojawia się jeden z kluczowych zarzutów pod adresem OKO.press: brak rzeczywistego pluralizmu. Portal z założenia miał być platformą strażniczą, która ujawnia nieścisłości i nadużycia władzy. Jednak jeżeli coś pochodzi z innej strony politycznego sporu niż PiS czy szeroko pojętej prawicy, z reguły nie spotyka się tam z taką samą skrupulatną analizą.
„Znikamy – pomóżcie nam wrócić!” Czyli kto tu naprawdę steruje emocjami?
Hasło „Zamykamy się na jeden dzień” brzmi górnolotnie, ale trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z wyreżyserowanym happeningiem. Oto redakcja wycofuje się na chwilę, licząc na sensację i wzrost liczby wpłat. Mówi się o finansowym kłopocie, co samo w sobie ma wywołać współczucie czytelników. A przecież to ci sami czytelnicy, którzy – jeśli wierzyć informacjom o wsparciu – dotychczas dość chętnie zasilali konto fundacji.
Czyżby więc problem leżał w tym, że kapitał zewnętrzny i granty nie płyną już tak szerokim strumieniem? Albo że konkurencja wśród portali „po tej stronie barykady” staje się coraz ostrzejsza? Bardzo możliwe. Warto pamiętać, iż niezależne media w Polsce, niezależnie od profilu, muszą toczyć walkę o przetrwanie. Pytanie, czy OKO.press nie wykorzystuje swojego jednodniowego zamknięcia właśnie do walki o utrzymanie dominującej pozycji wśród lewicowo-liberalnego odbiorcy.
Źródła: Republika, Oko.press
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca.
Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Wiadomościach Google.
Jesteśmy na Youtube: Bądź z nami na Youtube
Jesteśmy na Facebooku: Bądź z nami na FB
Jesteśmy na platformie X: Bądź z nami na X